Zapraszamy na film

Matt Damon wciela się w astronautę Marka Watneya, który w wyniku nieudanej ekspedycji zostaje sam na Marsie. Kosmiczny Robinson Crusoe nie hamletyzuje, nie roni łez, tylko zakasuje rękawy i bierze się do pracy. Szybko okazuje się, że pomysłów mógłby mu zazdrościć MacGyver, a znajomości biologii, chemii i fizyki – Walter White z „Breaking Bad”. Powrót do domu cały czas stoi jednak pod znakiem zapytania. Planeta jest wyjątkowo niegościnna, sprzęt okazuje się zawodny, zaś NASA pod wodzą Jeffa Danielsa nie kwapi się ze zorganizowaniem misji ratunkowej.
Pierwsze, co zwraca uwagę w nowym dziele Scotta, to ton opowieści. Na przekór współczesnemu kinu science fiction, które raczy nas alarmującymi wizjami postępu technologicznego, autor „Prometeusza” nakręcił dowcipny film w duchu Verne’a, Burroughsa i Wellsa. To opowieść o harcie ducha, potędze rozumu i ludzkiej solidarności. Tutaj nie ma sytuacji bez wyjścia. Każdy problem da się rozwiązać, a błąd – naprawić. Wystarczy tylko zacząć myśleć. Jestem za tym, aby 1 września w każdej szkole inaugurowano seansem „Marsjanina”, a nie nudną akademią. Trudno wyobrazić sobie lepszy sposób na zmotywowanie uczniów, dla których lekcje przedmiotów ścisłych były do tej pory drogą przez mękę.

Mimo tego, że budżet wyniósł ponad 100 milionów dolarów, „Marsjanin” to kino zaskakująco kameralne. Poza burzą piaskową w prologu i ekscytującym finałem w przestrzeni kosmicznej spece od efektów specjalnych nie mają za wiele do roboty. Częściej niż powierzchnię planety kamery Dariusza Wolskiego filmują wnętrza bazy i promu kosmicznego, zaglądają do siedziby NASA oraz laboratoriów. Od napompowanych adrenaliną scen akcji ważniejsze są tu dobrze napisane (a zarazem najeżone naukowym żargonem) dialogi oraz chemia między bohaterami. Muzycznym tłem oraz ironicznym komentarzem dla ekranowych zdarzeń są piosenki Donny Summer, Glorii Gaynor i Abby. Uwierzcie, obciachowe disco nie brzmiało w kinie równie dobrze od czasów „Gorączki sobotniej nocy”.

Przywiązany do procedur urzędnik, targana wyrzutami sumienia dowódczyni misji, grupa wycofanych naukowców-nerdów – wszystkie te stereotypowe postaci udało się ożywić dzięki utalentowanemu hollywoodzkiemu gwiazdozbiorowi. Na jego czele stoi Damon, który jak mało kto nadaje się dziś do grania zwyczajnych herosów. Jego Watney ma w sobie coś z bohaterów Toma Hanksa i Jamesa Stewarta. Pod maską sympatycznego przeciętniaka skrywa odważne serce i niezłomny charakter. Napisałem to już kiedyś przy okazji premiery innego filmu z aktorem: Damon to nasz człowiek w Hollywood. W Hollywood i na Marsie.

Share This:

To też jest interesujące